Rytuał szykowania ubrań na następny dzień nigdy nie leżał w mojej naturze. Rodzice czasem polecali mi przygotować ubrania zaraz po wieczornym pakowaniu szkolnego plecaka. Dzięki temu miałam zaoszczędzić kilka chwil rano, pospać pięć minut dłużej albo spieszyć się wolniej. Udało mi się jednak zrobić to może dziesięć razy w ciągu dwudziestu trzech lat. To jeden z tych pierwiastków kobiecych, których mi brak. Nie lubię zbyt długo zastanawiać się nad tym, w co się ubiorę. Z tym problemem przychodzą często do mnie moje siostry. Odwieczne pytanie w co mam się jutro/dziś ubrać wymaga ode mnie dużych pokładów cierpliwości, a odpowiedź najzwyczajniej w świecie brzmi nie wiem. U mnie rzecz wygląda tak, że otwieram szafę i po prostu wiem, co dzisiaj założę. Możliwe, że w tej kwestii jestem najbardziej zdecydowaną kobietą na świecie, choć myślę, że wynika to z tego, że mam w szafie tylko takie ubrania, które lubię zawsze, które do siebie pasują i w których czuję się dobrze, niezależnie od dnia.

Pakując się na dwumiesięczny wyjazd, całą moją szafę zmieściłam w walizce i torbie. Uznałam wtedy, że mam naprawdę niewiele ubrań, co ma więcej plusów niż minusów. Ubrania, które znajdują się w mojej szafie są tam dlatego, że je lubię. Skoro je lubię, nie ma dla mnie większego znaczenia czy danego dnia założę tę czy tamtą bluzkę. Ubrania pasują do siebie, dlatego bez dłuższego zastanowienia wyciągam z szafy to, co pierwsze wpadnie mi w oko, bez ryzyka, że wyjdę ubrana jak klaun. Jest sprawnie, minimalistycznie i wygodnie. Rzadko zdarza się, że staję przed szafą i mówię, że nie mam się w co ubrać. Chyba, że dotyczy to strojów wieczorowych i większych okazji, ale to już inna historia. Śmiem stwierdzić, że to nieprawda, że nie masz się w co ubrać. Najprawdopodobniej problem tkwi w tym, że masz ubrań za dużo, nie lubisz ich lub nie pasują one do siebie. Nie ma co dawać sobie za dużego wyboru, lepiej mieć mniej rzeczy, ale lepszej jakości. Życie wówczas naprawdę staje się prostsze.