Po ślubie przychodzi codzienność

Punkt szósta rano. Budzik rozsadza zaspane głowy, wędrujące gdzieś między środkiem cichego lasu, a szybkim pościgiem samochodowym ulicami Trójmiasta w poszukiwaniu bandytów. W snach jestem zbawicielką świata, jeżdżę autem, nie mając prawa jazdy i zło dobrem zwyciężam. Słyszę przeciągającego się męża i przewracam się na drugi bok. Mój budzik zadzwoni za pół godziny i kilka drzemek. Za dziesięć siódma wyskakuję z łóżka i pędzę do kuchni, by zrobić mężowi kanapki do pracy. Szybka akcja, chleb, ser, pomidor, buziak na do widzenia. Czas na mnie. Prysznic, prawdziwy no makeup i spóźniona lecę do biura zlokalizowanego dwa pomieszczenia dalej, drżąc w obawie przed naganą najbardziej surowej szefowej – siebie samej. Praca. W międzyczasie kilka telefonów od majstrów, którzy dziś, po raz kolejny, chcą wykorzystać (nie)przysługujące im nieprzygotowanie. Bo deszcz pada, bo farby zabrakło, bo pies zdechł…

Praca w domu ma ten plus/minus, że nie można zrobić zakupów po drodze z niej, tylko trzeba wyjść po nie specjalnie. Lecę więc. Obiad raz dwa. Jaglana kasza, warzywka, mięsa nie za dużo. Hit-fit-kit, wiadomo. Jemy w biegu, by zdążyć przed zamknięciem hurtowni z kaflami, listwami progowymi, fugami i innymi zabawkami dla dorosłych. Teraz sprawna kontrola na budowie. O nie, panie Mirku, tu nierówno, drzwi się nie zamkną, poprawiamy. Szybki kurs po odbiór zmywarki i piekarnika i dobra zabawa przy wnoszeniu trzydziestokilowego sprzętu na poziom trzeciego piętra. Kolano po drodze nie wytrzymuje. Do listy zadań dopisać ortopedę. Po pokojach walają się wiertła, pędzle i folia, masa folii. Nie tak wyobrażałam sobie nasze mieszanie. Ale przynajmniej kuchnia wyszła ładnie. Byle wytrzymać do 10, 17, 25… skręcić meble i gotowe.

Coś by się jeszcze zrobiło, ale tak trochę jakby się już nie chce. Serial, książka, sen. A nie, jutro delegacja, trzeba koszule prasować. I pranie wstawić. Ups… a poranne niewywieszone.

Czy komukolwiek w wirze słodko-kolorowych ślubnych przygotowań przeszło to przez myśl? Uczciwie uprzedzam…

po ślubie przychodzi codzienność.

Codzienność ma kolor twarożku śmietankowego z rzodkiewką, serwowanego na śniadanie. Pachnie świeżo malowaną ścianą. To taka układanka, mozaika jakby, jak płytki na ścianie w łazience. Dobrych i złych humorów. Wyścig z czasem, jak pościg samochodowy w poszukiwaniu bandytów spokoju. Spory i upory. Uśmiechy. Momenty, chwile i miłość. Dużo miłości. Po ślubie przychodzi codzienność. Niełatwa i niezastąpiona.