Przywitałam ją słowami zdziwienia, niespecjalnie, szczerze mówiąc sympatycznymi: Taka mała? I nie mówi? – pełna nadziei na kompana do zabawy, z którym stworzę prawdziwy dom dla lalek i profesjonalny sklep spożywczy, rozczarowałam się gdy wyszło, że na towarzyszkę zabaw będę musiała jeszcze chwilę poczekać. Szybko jednak poczułam pierwszy instynkt macierzyński, otoczyłam ją moją małą opieką, podzieliłam się zabawkami, śpiewałam piosenki, huśtałam kołyskę. Spieszyło jej się do zabawy ze mną, szybko usiadła, wstała i zaczęła chodzić. Rozpoczęła się najlepsza przyjaźń, jaka kiedykolwiek mnie spotkała. Od tej pory wszystko robiłyśmy razem, bawiłyśmy się w co tylko możliwe. Budowałyśmy domy z klocków drewnianych i plastikowych, z poduszek i kołder, ustalałyśmy rozkład naszego zabawowego mieszkania na terenie pokoju. Wychodziłyśmy na spacer z naszymi lalkami, każda ze swoim wózkiem – ja głębokim, ona ze spacerówką. Karmiłyśmy lalkę prawdziwą kaszką dla dzieci, dziwiąc się później, jak mama rozkładała ją na części pierwsze, wypłukując resztki kaszki z lalkowych rąk i nóg… Z identycznie rozdziawionymi buziami siedziałyśmy przed telewizorem, pochłaniając kolejne przygody ukochanych Muminków i wspierałyśmy się nawzajem gdy do Doliny zbliżała się Buka. Na początku podstawówki stworzyłyśmy firmę w branży nieruchomości, świetnie czułyśmy się w roli profesjonalnej bizneswoman. Owszem, zdarzały się kryzysy, kiedy tłukłyśmy sobie ulubione kubki, szczypałyśmy i wyrywałyśmy włosy. Szybko jednak zawieszałyśmy broń by bawić się dalej. Pamiętam, że na któreś jej urodziny koniecznie chciałam zrobić świetny prezent, skarbonka jednak świeciła pustkami. Okazałam się wyjątkowo zaradna i pomysłowa… wzięłam pierwszą lepszą książkę z półki i pięknie zapakowałam w papier. Na szczęście trafiłam na jeszcze nieprzeczytaną książkę i moja niespodzianka się udała.
Byłyśmy dwie, nierozłączne, pewne siebie, aż nagle zachciało nam się kolejnej do kompletu. Idealnie złożyło się to z planami rodziców, i tak wkrótce nasze zacne grono miało się powiększyć. My, tak bardzo ważne, dojrzałe i dorosłe, przemierzałyśmy dumnie sklepy z artykułami dla niemowląt, w pewnej odległości od rodziców, bawiąc się w koleżanki, które same spodziewają się dzieci. Lato spędzałyśmy na podwórku, gdzie miałyśmy dużo szczęścia – w piaskownicy pod domem prowadziłyśmy restaurację, w której serwowałyśmy pizzę lub pieczonego kurczaka i zawsze w tym czasie z pobliskiej knajpy dolatywał do nas zapach z kuchni. Zawsze był to zapach pizzy lub kurczaka. Niesamowita frajda – nasze piaskowe dania pachniały naprawdę!

Z perspektywy czasu zastanawiam się nieraz czy nasza bujna wyobraźnia nie była czymś dziwnym. Czy to, że potrafiłyśmy wyobrazić sobie naszych mężów, udawać dorosłe albo prowadzić dobrze prosperującą spółkę było czymś nadzwyczajnym? Czy inne dzieci też się tak bawiły? Dochodzę do wniosku, że było świetnie, bo nie przypominam sobie momentu znudzenia z dzieciństwa. Lubię naszą wyobraźnię, choć w późniejszym, nastolatkowym życiu, bywała męcząca (ach te zakochania;)).

Dołączyła do nas trzecia, a dwa lata po niej czwarta, do kompletu. Stanowimy zestaw idealny, bandę sióstr sisters, które stają za sobą murem, choćby nie wiem co. Mieszanka wybuchowa, która w jednej chwili kipi gniewem, a zaraz znów śmieje się z tylko sobie zrozumiałych żartów. My dajemy młodszym rady, one rozbawiają nas do łez.

Często gdy mówię, że mam trzy młodsze siostry spotykam się z wielkim zdziwieniem i szeroko otwartymi oczami. Jak mój tata znosi pięć kobiet w domu? Czy nie mam dość moich sióstr? Tata znosi nas świetnie, nie wyobraża sobie życia inaczej. A ja czasem mam dość. Ale nigdy nie jestem samotna. To najlepsze przyjaciółki, prawdziwe the best friends forever. Naprawdę na dobre i na złe. One. Absolutnie niezawodne.