Poszłam do ślubu w różowych okularach i niebieskich butach

Byłam Panną Młodą kompletnie nieszablonową. Miałam dwa wesela, zaserwowałam ślubnym gościom kawę przed kościołem i zamiast utrwalać włosy toną lakieru, rozpuściłam je bez pomocy fryzjera. Mam do ślubno-weselnych zwyczajów podejście stricte ambiwalentne, czego wyrazem jest idea ślub bez bez, w ramach której trąbię wszem i wobec, że ślubna wizja Pary Młodej jest jedyną słuszną (oczywiście bez rodzinnych kłótni i ze wzajemnym szacunkiem).

Do ślubu nie czesał mnie nikt, a ja sama włosom poświęciłam może 20 minut – licząc mycie, suszenie i czesanie. To jednak nie była jedyna nietypowa rzecz związana z moim ślubnym wyglądem. Od ponad pięciu lat (w dniu ślubu ponad trzech), chodzę w dużych, charakterystycznie kolorowych okularach. Moje ulubione kocie oprawki najpierw miały różowy kolor, później niebieski. W związku z optyczno-okulistycznymi zawirowaniami, na okres około-ślubny przypadły z powrotem różowe. Choć historię powinnam zacząć od kilku miesięcy wstecz…

Nie mierzyłam zbyt wielu sukni ślubnych. Mathilde włożyłam jako pierwszą i później nie miała sobie równych. Jednak w salonach, które odwiedziłam, panowało z góry założone przekonanie, że po pierwsze do ślubu nie włożę okularów, a po drugie ubiorę obcasy. Panie radziły mi, by suknię koniecznie przymierzyć bez (wówczas niebieskich) okularów oraz sprawdzić, jak suknia leży, gdy mam na sobie ośmiocentymetrowe szpilki. Ja naprawdę rozumiem to, że w wyższych butach noga wygląda zgrabniej. Moja również – to fakt. Ale nigdy w życiu nie chodziłam w wysokich obcasach. Nigdy (nigdy, znaczy w tym przypadku ani razu) też nie włożyłam soczewek kontaktowych. Wygodnie mi w wygodnych butach, swobodnie i dobrze czuję się w okularach. W związku z powyższym, dlaczego miałabym zmieniać to na ślub?

To jedna ze składowych przedślubnego stresu – stwarzanie niepotrzebnych elementów, którymi Panna Młoda będzie się przejmować. Przecież jeśli coś stanowi dla mnie dyskomfort, to zupełną głupotą byłoby upieranie się przy tym, by koniecznie je włożyć. Szczególnie, że rozkloszowaną suknię miałam do ziemi i nie potrzebowałam poprawiania sylwetki.

Poszłam do ślubu w różowych okularach i niebieskich butach

Poszłam więc do ślubu w płaskich, niebieskich butach, które po ślubie ubrałam już z dziesięć razy. Na nosie miałam natomiast różowe okulary, które dodają moim małym, lekko skośnym oczom wyrazu. I co? I bosko! Wyglądałam jak najlepsza wersja siebie, bo byłam naturalna. Bardzo odświętna, ale nie inna. Wolę nie myśleć o tym, jak dziwniej wyglądałabym bez okularów. Jeszcze mąż by mnie nie poznał. A w szpilkach myślałabym tylko o tym, by się nie zabić. I po co?

Bądźcie sobą!