O miłości i ślubie nie ucz się z seriali

Im częściej prasuję, tym więcej oglądam seriali. Na szczęście/nieszczęście miewam w prasowaniu pewne zaległości, co sprawia, że serialami nie karmię się zbyt dużo. Zdarza się jednak i w zasadzie nie mam nawet wielkich wyrzutów sumienia – skoro prasuję, przecież nie marnuję czasu. Poza tym przecież oglądanie seriali nie potrzebuje usprawiedliwienia…

Oglądam więc, raczej zagraniczne, brytyjskie lub amerykańskie, choć przyznaję, zdarzają się także polskie. Niezależnie od tego, jaki jest główny temat serialu, przewija się przez nie wiele wątków miłosnych. Głównie są to wątki miłości ostatecznie nieszczęśliwej. Złamane serca, zdrady, niedopowiedzenia, rozstania, czasem powroty, choć pewnie tylko do połowy kolejnego sezonu. Im dłużej myślę o związkach, narzeczeństwach i małżeństwach, tym więcej prowadzę obserwacji życiowych, serialowych i filmowych pod tym kątem. Większość bohaterów obejrzanych seriali doczekała się już mojej „związkowej” analizy. Nie było to zbyt skomplikowane, bowiem w kwestii serialowej miłości zawsze pojawia się jeden zasadniczy problem, który utrudnia relacje międzyludzkie.

Im więcej zamieszania, tym lepiej serial się sprzedaje – to jasna i w gruncie rzeczy trochę przykra sprawa. Tu zdrada, tam romans, kogoś wyrzucili z pracy, bo podawał się za prawnika, a nim nie jest. Ktoś inny zginął, ratując dzieci z płonącego autobusu. I w końcu ktoś przespał się z przypadkową dziewczyną, bo myślał, że ma „przerwę” w związku ze swoją dziewczyną (?!?!). I właściwie te wszystkie poplątane przygody sprawiają, że serial chce się oglądać, bo gdyby wszystko było idealne, nikt by nie był tym zainteresowany. Zastanawia mnie jednak wpływ serialowych zachowań na prawdziwe życie. Myślę oczywiście o takim „racjonalnym” znaczeniu, nie maniakalnym kopiowaniu wyglądu i zachowań serialowych bohaterów. Myślę o tym, jak to, co widzimy na ekranie wpływa na sposób budowania naszych relacji. Na pewno chociaż troszeczkę serialowego scenariusza zostaje nam w głowie. A z zasady nie warto przenosić go do realnego życia. Pomijam już absurdalnie śmieszne niedopatrzenia w stylu: dzień przed ślubem wybucha kłótnia na temat tego, że Panna Młoda chce zostać przy swoim nazwisku. Zaskoczony i oburzony Pan Młody natychmiast obraża się na śmierć i życie, trzaska drzwiami, ona zostaje i wybucha płaczem. Rozpacz, afera i dylemat widza: będzie ślub, nie będzie ślubu?! Figa z makiem, guzik prawda – w prawdziwym życiu tę decyzję musisz podjąć długo przed datą ślubu.

Obserwowanie serialowych zachowań i zbyt duże inspirowanie się nimi wydaje mi się silnie destrukcyjne. Niezależnie od kraju produkcji serialu, jego poziomu kulturowego i tematu jedno pozostaje dość stałe: ludzie w serialowych związkach nie rozmawiają ze sobą. Mam na myśli prawdziwe, długie i szczere rozmowy, które budują relacje i zapobiegają paradoksalnym katastrofom. Jest problem, pomarudzą nad nim chwilę, ofukają się nawzajem albo odwrócą na drugą stronę łóżka.

Ludzi w serialu może można jeszcze jakoś wytłumaczyć – muszą trzymać się scenariusza, liczy się im czas antenowy, oni muszą się spieszyć. Ale niech nie będzie to wskazówka dla nas, że problemy w związku zamiata się pod dywan. Okazuje się bowiem, że z facetem trzeba gadać, gadać aż do bólu. W serialach natomiast jeszcze tego nie wiedzą.

Źródło zdjęcia: jenmaddocks.com