Nie wtykaj nosa w nie swój ślub

Tradycja to fajne słowo. Kojarzy mi się z rodzinnym Bożym Narodzeniem, pasterką, stajenką, makowcem i śledziem. To ogromne lody w dzień zakończenia roku, możliwość niemycia się w dzień dziecka, rodzinne obiady urodzinowe, parada niepodległości 11 listopada, święcenie pokarmów w Wielką Sobotę czy spacer na sopockie molo po zdanym egzaminie.

Tradycja to niefajne słowo. Kojarzy mi się z miesiącami z literą r, tłuczeniem kieliszków, lejącą się wódką, setką gości, żenującymi zabawami, tłustym kremem na torcie, udawaniem, że Panna Młoda nie nosi na co dzień okularów, zbyt mocnym makijażem, niedopasowanymi sukienkami, całowaniem na zawołanie i klękaniem na dywanie.

Nasz ślub i wesele są nasze, nie stryjenki, koleżanki, ekspedientki w salonie, fryzjerki czy obecnie panującej mody. Pomysły? Bardzo proszę, ale ze zrozumieniem, jeśli się nie zdecyduję. Mamy plan zupełnie inny niż inni i zupełnie nie obchodzi nas to, że coś powinniśmy, bo tak trzeba. Wynająć stary samochód, sypać się ryżem, rzucać bukietem i wydać siedem miesięcznych pensji czterech osób, bo jak nie, to nie będziemy żyć długo i szczęśliwie. Małżeństwo, o ile wyczekiwane i z kim trzeba, będzie równie piękne po ślubie za pięć i pięćdziesiąt tysięcy. Odnoszę wrażenie, że w życiu trochę zbyt dosłownie wzięliśmy hasło reklamowe Wszyscy mają mambę, mam i ja i powoli stajemy się jednakowi, także jeśli chodzi o wizję ślubu. To oczywiście dość duże uogólnienie, trochę jakby następstwo szybko postępującej globalizacji, a także temat na osobny tekst. Zmierzam jednak do tego, że tradycje ślubne mogą być fajne, ale najlepsze będą te stworzone we dwoje na potrzeby tego jedynego ślubu. Wtedy stryjenki, koleżanki, ekspedientki, fryzjerki, a nawet moda, zobaczą, że świat się nie wali, jak nie zrobi się tak, jak trzeba, a nawet może być o niebo lepiej.

Przeczytaj inne teksty w kategorii Ślub