Na trasie Trójmiasto-Warszawa i z powrotem zawsze staram się zrobić coś pożytecznego. Nadrobić zaległości w czytaniu, napisać kilka tekstów, popracować. Czasem zdarza mi się podróżować w tradycyjnych godzinach pracy, a jazda pociągiem, jak żadna inna, zapewnia całkiem dobre warunki do pracy. Wsiadam więc dwa dni temu do pociągu, ruszamy piętnaście po 9. Otwieram laptopa i zaczynam dzień pracy. Pracuję jedną godzinę, drugą i pół… Obok mnie jedzie starsza pani, elegancka kobieta, o pięknej twarzy i miłym uśmiechu. Zagaduje mnie nagle, pytając czy nie szkoda mi oczu na komputer. Coraz bardziej mi ich szkoda, droga pani, ale coraz więcej czasu przed komputerem wymaga moja praca – myślę i odpowiadam w podobny sposób. Połączenie internetowe się urywa w polu, więc odkładam laptopa. Chcę poczytać, przez chwilę jednak zastanawiam się co powie starsza pani na widok kindla… Okazuje się, że moja towarzyska podróży jest pod wrażeniem tego urządzenia, niesamowite, że mam w nim tyle książek i że ekran wygląda jak papier. Obie jednak dochodzimy do wniosku, że to nie to samo co papierowa książka, pachnąca, gruba, z twardą okładką. Z tą różnicą, że ja w podróż wolę zabrać to, co lekkie i poręczne. Zmierzam do tego, by wyjaśnić, że jestem maniaczką wyrobów papierowych w postaci książek, notesów, kalendarzy i organizerów. Pewnie nigdy nie zabraknie ich w moim otoczeniu, bo je po prostu lubię i nie chcę, żeby kiedyś zupełnie odeszły do lamusa. Nie zdziwiłabym się jednak, gdyby kiedyś tak się stało. Bo z telefonem, czytnikiem lub laptopem będzie łatwiej, wygodniej i lżej niż z telefonem, laptopem, ciężką książką i grubym kalendarzem. Korzystając z cudów techniki, sprawdzam wiele dostępnych aplikacji, które mogą usprawnić zabiegane życie. Moje, Twoje, nasze, Wasze. Dotychczas moje aplikacyjne serce zostało zdobyte przez pięć pozycji. Proste w obsłudze, intuicyjne, mają swoje wersje komputerowe, są ładne i ułatwiają życie. A przy okazji są darmowe*.

1. Google Keep – instalowałam i odinstalowywałam wiele takich, które miały być notatnikiem. Do zapisywania najróżniejszych rzeczy, takich jak listy zakupów, listy rzeczy do zrobienia, pomysłów na teksty, ważnych adresów, przepisów kulinarnych i miejsc do odwiedzenia. Po wielu próbach i rozczarowaniach, objawił mi się Google Keep. Ja wpisuję, Google przechowuje. W telefonie mam to samo, co w komputerze. Jest naprawdę dobrze!
2. Get pocket – na pewno wiecie jak to jest, przeglądacie internet w autobusie, szkole, podczas lunchu, wpada Wam w oko wiele tytułów, ale nie macie teraz czasu tego przeczytać. Get pocket załatwia to w mig, zapisuje link, do którego można dodać tag, który zapewni porządek w internetowych zbiorach. Problem pojawia się natomiast w tym momencie, kiedy na koncie gromadzi się tona artykułów, a nie ma kiedy do nich wrócić… No, ale przynajmniej nie trzeba się złościć, że coś umknie naszej, czyt. getpocketowej, pamięci.
3. Dropbox – głównie z jednej prostej przyczyny – synchronizuje mi się na bieżąco z komputerem, archiwizując jednocześnie wszystkie zrobione przeze mnie zdjęcia. A że robię ich telefonem wiele, nie muszę się przejmować przegrywaniem ich na dysk, bo są ze mną wszędzie.
4. Spotify – dawno temu, przy pierwszym do niego podejściu, nie rozumieliśmy się za bardzo. Mi wydawał się za bardzo skomplikowany, ja jemu za mało cierpliwa. Teraz gramy w jednej drużynie, śpiewając te same piosenki. Online i offline.* W tym przypadku polecam wersję premium, za 20 złotych miesięcznie zamilkną reklamy i będzie można słuchać wybranych utworów offline.
5. LoveCycles – ze wszystkich mobilnych, kobiecych kalendarzyków ten jest najlepszy. I najładniejszy.