Historia pt. Ja i Warszawa liczy równo trzy wiosny i jest dość burzliwie-romantyczna. W lutym czternastego roku stolica pochłonęła bowiem miłość mojego życia celem przekazania jej edukacji drugiego stopnia. Nie bardzo chciałam się z tym pogodzić, inne miałam plany. Cóż z tego…

fajne miejsca w warszawie

Nie lubiłyśmy się więc z Warszawą i, jak skłócone przyjaciółki w przedszkolu, walczyłyśmy o ulubionego misia. Całkiem długo to trwało, bo zaryzykowałabym stwierdzenie, że prawie dwa lata. Choć przeżyć stolica dostarczała mi ogromnych, z muchami w nosie się do niej wprowadziłam na stałe jakieś dwadzieścia miesięcy temu.

fajne miejsca w warszawie

Przez pierwsze tygodnie szło nam jak po grudzie, panowało permanentne zachmurzenie całkowite i brakowało nadziei na przebłyski słońca. Chciałam się zakumplować i, by poznać wroga, stworzyłam listę miejsc do odwiedzenia, które powiedzą mi o nim najwięcej. Ironia losu – przez półtora roku prawie żadnego z nich nie odwiedziłam… Zbyt były, jak dla mnie, oczywiste.

Skłamię określając to uczucie miłością, ale na pewno powstała między nami nić przyjaźni. Zdaje się, że po trochu spowodowane było to przeprowadzką z drugiego piętra na piętnaste oraz codziennymi wycieczkami na warszawską Pragę.

Jestem tym typem turysty, do którego miasto przemawia przez żołądek do serca, dlatego na liście moich ulubionych miejsc w Warszawie zdecydowanie przeważają punkty gastronomiczne. Uwierzcie mi proszę, ja nie przesadzam. To są hity ponadczasowe!

1. Green Caffè Nero

Ze wszystkich kawowych sieciówek w Polsce ta jest najbardziej niezwykła. Myślałam sobie, że to może dlatego, że do niedawna była tylko w Warszawie, a to takie trochę jakby luksusowe. Ale nie – to ta smaczna kawa, rozpływające się w ustach migdałowe ciasto, no i niezwykły klimat wnętrza każdej kawiarni. Przezornie zachowałam ostatnią kartę stałego klienta z dziesięcioma pieczątkami na najbliższą wizytę – Nero, grzej ekspres, przybędę!

2. Ciao a tutti

Jedliście kiedyś najlepszą na świecie pizzę swego życia? Porównajcie ją z tą z Ciao – och ludzie, co to jest za szał! Szczególnie vegetariana z olbrzymimi kawałkami grillowanych warzyw albo bianca z gorgonzolą i włoskimi orzechami. No i  białe wino stołowe w karafce (tudzież karafkach kilku)… Przed pierwszą wizytą byłam przekonana, że byłam już w prawdziwej polskiej-włoskiej pizzerii. Otóż nie!

3. Sushi Wola

Jadłam je dwa razy, nie mniej, nie więcej, choć zdecydowanie za mało. Kawasaki, 34 kawałki + rolka gratis. Też kiedyś wydawało mi się, że jadłam pyszne sushi, a potem, wracając z pracy, po 17 zamówiłam zestaw, który dojechał zza trzech przecznic na godzinę 22, bo tak ludzie kochają to miejsce. Po pierwszym kawałku przestałam się dziwić. Ech, gdyby tylko chcieli dowozić do Gdyni…

4. Przez dziurkę od klucza

Bo makaron. A ja makaron kocham. Tam jest taki czarny z krewetkami w porcji ogromnej, że hoho, a po nim jeszcze beza, wcale nie mniejszych rozmiarów. Lokal jest za to malutki, jak dziurka od klucza właśnie, więc w zasadzie porcje nie powinny być tak wielkie, bo się ludzie po ich zjedzeniu w knajpie nie mieszczą. Mimo wszystko dałam radę i chętnie dałabym jeszcze raz!

5. ManiBar

W Warszawie byłam chyba w szesnastu salonach mani i nie mogłam znaleźć doskonałego. ManiBar pokazała mi Kasia i przepadłam, chociaż słono mnie to kosztowało. W ManiBarze najczęściej zjeść można cukierki Werther’s Original, napić się kawy, herbaty lub mineralnej wody i odżywić głównie paznokcie. Spróbujcie kobiety, naprawdę.

Z perspektywy widzę, że w Gdyni brakuje mi też warszawskiej ulicy Chłodnej i skweru z kościołem przy niej, praskiej Szklarni z pysznymi lunchami, frytek z Ed Reda i białej czekolady z chałką w Charlotte. Zaskoczyła mnie Warszawa, głównie tym, że dała się polubić. To fajnie, bo jeszcze do niej wrócę.

To nie jest post sponsorowany, to sentymenty.